piątek, 24 kwietnia 2015

Russian Story

Absolutnie zakochałam się w tych zdjęciach...

To nie Vogue, to kampania przeciwko polowaniom w Rosji.













Paulina

środa, 4 lutego 2015

"Nie mam głowy"

Może nie dosłownie.
Nie mam dziś głowy do niczego. I tak od ponad miesiąca. Bo z zasady jak się coś polepszy, to się popieprzy, choć niby jestem optymistką. Nie, no kurde, jestem!

Od paru tygodni wertuję oferty mieszkań. Jeśli mózg mógłby nas boleć, mój byłby już czerwony i opuchnięty.
Jak nie miałam fotografa, ani kogokolwiek, kto ma czas, chęć i podstawowe informacje o obsłudze lustrzanki, tak nie mam do dziś. Lampy do serwisu też nie zaniosłam, bo kredyt, bo jak tu wziąć najlepiej. Bo blok, czy kamienica? Ale musi być parter, bo mój psiudeł ledwo pokonuje tych kilka schodków. Są więc fajne mieszkania, na trzecim piętrze bez windy. No albo te na parterze, bez jakiegokolwiek ogrzewania. Albo też przyzwoite parterowe z własnym ogródkiem, za 4500zl za metr... Drugi raz nie dam się w to wpuścić. Inwestycja pod tytułem Julianów wystarczy mi za życiową lekcję. Syndyk wyprzedaje upadłe lofty u Scheiblera, ale po co mi 150 metrów na 3 poziomach, do tego z oknami na północ. Ciemność, widzę ciemność...
Do tego wymyśliłam sobie centrum z musowym sąsiedztwem parku. Gdzieś musimy chodzić postawić tę kupę na chodniku :) (Tak, sprzątam. Tak, on zawsze celuje w chodnik...)

Jako, ze mózg nie potrafi, boli mnie zatem głowa, która notabene jest żółta, bo fryzjerowi nie wyszło...
Ostatnio spóźniłam się o kilka godzin i ktoś zwinął mi sprzed nosa idealne mieszkanie. (Po tym  głowa bolała mnie jeszcze bardziej niż zwykle.)

Kiedy Maks nie jest chory, to zajmuje się umieraniem. W inne dni po prostu bolą go stawy. W jeszcze inne kibluję nockę, bo pies w klinice na obserwacji, a na dyżurze jeden lekarz. Czy żałuję decyzji? Ani trochę. On mnie kocha każdym swoim włoskiem :) Ot, po prostu doba mi się kurczy, a czasem wręcz cały tydzień.
Jeśli zatem akurat nie boli mnie głowa od ciągłego szukania mieszkań, ani rachunków u weterynarza lub nie boli mnie po prostu z czystej chęci wpełznięcia pod łózko i schowania się na chwilę przed światem, to zapewne boli z powodu koordynowania wielotygodniowego bazarku-zbiórki na inne psy, w tym Bezogosia, którego kiedyś pokazywałam, a który to chłopak jest moim podopiecznym.
Kto wygrał licytację, kto wpłacił, kto przesłał potwierdzenie, komu co na jaki adres, a ile będzie kosztować wysyłka. Tak, pod łóżkiem musi być cicho, spokojnie i całkiem wygodnie...

Wiecie, co mnie ratuje? (Poza zgaszonym światłem przy migrenie?) Zarwanie nocy z oczkami wpatrzonymi w ruchome obrazki w pudełku. Mam 3 kanały HBO i HBO OD (VOD, filmy na życzenie) i chyba tylko to mnie teraz trzyma przy zdrowych zmysłach.
Po prostu co za dużo, to niezdrowo.
Byle do wiosny! (przeprowadzki, kupna mieszkania, psa, który w końcu przestanie chorować etc.)
Mało Slow Life'owy ten dzisiejszy post...





PAULINA

sobota, 3 stycznia 2015

Materializm i minimalizm, a luksus



Ostatnio przyglądałam się tu i ówdzie dyskusjom i wpisom na blogach tematycznych.

Minimalizm jako taki ma na celu uwolnienie nas od przymusu posiadania, czy też pożądania i  kolekcjonowania - wiedzy, dyplomów, ubrań, sprzętów, tytułów, dzieł sztuki, kochanków, podróży.
Taka jest mniej więcej jego bardzo uogólniona definicja. Z pominięciem rozwoju duchowego oraz prostego, szczęśliwego i świadomego życia.

Co do tego drugiego, osoby nazywające siebie minimalistami mają jednoznaczne zdanie. W pierwszym - dzielą się na kilka grup. Są ci skrajni, których cały dobytek mieści się w niewielkim plecaku, ci, którzy hołdują znanym markom i nadmieniają dość często, że minimalizm oznacza luksus. I tak zwana "cała reszta" ;)

Pierwszą grupę podziwiam i jednocześnie pytam siebie "jak można tak żyć"? Druga za to bardzo mnie zastanawia. Tak, ekologia, wegetarianizm, minimalizm - to jest teraz modne. Cieszy mnie to, ale jak to bywa, gdy coś staje się mainstreamowe często zatraca swój pierwotny sens. Spójrzmy chociażby na wypaczenie Chrześcijaństwa (Katolicyzmu) jako takiego. Nie mamy wzmianek o tym, by Jezus walczył z in vitro, czy antykoncepcją. Nie mamy wzmianek o instytucji kościoła, o cenniku za sakramenty w ogóle nie wspominając.

Podobnie mam wrażenie, dzieje się z minimalizmem. Wielu autorów używa i używało już w dawnych czasach sformułowania, iż "minimalizm to luksus". Wyrwane z kontekstu można zinterpretować na różne sposoby, jednak w całości brzmiało to mniej więcej tak "minimalizm to luksus nie posiadania". Luksus otaczania się tylko tym, co piękne i użyteczne. Pokutuje stwierdzenie, że mając mniej, musimy otaczać się jakością. Jest to oczywiście jeden z nurtów, który akurat zupełnie nie pokrywa się z buddyjskim wyrzeczeniem konsumpcjonizmu. Właściwie nie ma jednej drogi, ale niektóre jawią mi się samooszukiwaniem i ślepym zaułkiem.

Zazwyczaj pożądamy przedmiotów, bo mają je inni.  I tak, czy gdyby nie Grace Kelly i Jane Birkin, Victoria Beckham miałaby całą kolekcję torebek Hermesa? A gdyby nie Victoria i jej podobne... czy kobiety na całym świecie pożądałyby tych toreb? Co jest takiego w nadgryzionym jabłku, które dla wielu wyznacza status społeczny?
Luksus nie jest metką.
Nigdy nie miałam iPhona, bo ma słaby aparat i zbyt mały wyświetlacz. Jabłko nie jest dla mnie luksusem, ale produktem mającym świetny marketing. Luksusem, który ja odczuję, będzie w końcu dobry aparat fotograficzny w telefonie komórkowym. I ni diabła mnie nie interesuje, któremu z producentów się to uda. Zapewne chętnie nabędę takie urządzenie i będę go często używać.
Kolejna pułapka... "Kupuję mniej, więc mogę sobie pozwolić na rzeczy drogie." Czy aby na powrót nie stajesz się własnością, a nie właścicielem owych drogich przedmiotów?
Czyli, de facto, wracasz do punktu wyjścia, kiedy to rządziły Tobą dobra materialne.
W jednej książce wspomniano, by kupić sobie kryształowe szklanki. Jasne, jeśli dla kogoś ma to jakiekolwiek znaczenie i nie będzie biadolić po ich przypadkowym stłuczeniu... Mam jednak wrażenie, być może mylne, że wielu z "tych minimalistów" hołubi swoje drogocenne skarby. Tak samo napędza koncernom zyski, tyle, że kupuje inne rzeczy. Wyjątkiem będą tutaj osoby, które faktycznie stać bez zmrużenia oka na torebkę za 10tys zł i nie są oni w żadnym stopniu związani z nią emocjonalnie. Gorzej ma się sprawa dla tych wszystkich markowych minimalistów, którzy nie mają przychodu na poziomie przynajmniej 30tys zł miesięcznie i dycha na torebkę nie jest dla nich "zwykłym pierdnięciem".

Chodzi mi przede wszystkim o to, że minimalista z założenia się nie spina. Nie pożąda rzeczy. Nie odkłada miesiącami na coś markowego, o czym nie może przestać myśleć, a na co jednak nie do końca go stać. Ktoś w dyskusjach gdzieś napisał jestem minimalistą, ale ja muszę mieć... (tu lista). Nie znajdowały się na niej takie rzeczy jak zmywarka, która wiele ułatwia przy dużej rodzinie, ale markowe gadżety. Czy minimalista musi? On już nic nie musi. Jest wolny. Oto jak ja rozumiem sens tego nurtu.

Minimalista może chcieć, czy mieć na coś ochotę, ale jeśli tego nie dostanie, to też dobrze. Mnm. kładzie nacisk na rozwój duchowy, podróż w głąb siebie i zwijanie Ego, zamiast jego rozwijania. O ile cenniejszą wiedzą będzie dla nas zrozumienie samych siebie, które da spełnienie i szczęście, niż kolejny dyplom i awans. No tak awans - mamy więcej pieniędzy. Czy jesteśmy szczęśliwsi? Przez pewien krótki czas. Później jest nam znów za mało, bo kupiliśmy droższe auto, większy dom. Znów potrzebujemy awansu i podwyżki. Jesteśmy tymi konsumentami, o których śpiewał Kazik.

W czasach klęski żywiołowej, czy wojny dopiero doświadczamy tej świadomości - bez ilu rzeczy możemy żyć. Nikogo nie nakłaniam do posiadania jednej pary spodni. Nie zrozumcie mnie źle.


Wrócę na chwilę do tak nadużywanego pojęcia luksusu. Dla wielu osób za tym słowem stoi cena i znana marka. Ja oddzielam tutaj owy luksus od tak zwanych zbytków tego świata. I tak są rzeczy, jak na przykład części komputerowe, gdzie zazwyczaj cena przekłada się na parametry techniczne. Bilet pierwszej klasy na samolot różni się zarówno ceną jak i warunkami od tego drugiej klasy. Tak samo jestem w stanie zrozumieć, że jeśli ktoś ma odpowiedni budżet i pół życia spędza w podróży, bo tego wymaga jego działalność, kupuje prywatny samolot z sypialnią, który wygląda w środku jak apartament.

Druga strona, to minimalistyczny snobizm. Kupujemy minimalistyczne umeblowanie do kuchni za cenę, która przyprawia nas o zawał serca. Wydaje nam się, że kupujemy niepodważalną jakość. Czujemy się oh i ach aż do momentu, kiedy trafia nas szlag, bo sąsiad ma coś o wiele lepiej wyglądającego i bardziej funkcjonalnego za 1/3 ceny. Co więcej jego meble wyglądają na droższe!
Żeby nie było, że zmyślam... to moja historia. Tak było trzy lata temu.
Byliśmy nowobogackimi snobami. Najdroższa podłoga, najdroższe meble, najdroższe sprzęty. Czy to nas uszczęśliwiło? Nie.
Ba! Nie mieliśmy szafki w łazience, ani blatu pod umywalkę bo wymyśliliśmy taką za 6tys zł i nie wyobrażaliśmy sobie nic innego!

Ktoś by powiedział - no przecież minimalizm - czekają, by kupić coś lepszej jakości!
To nie minimalizm, to materializm pełną gębą.
Przymus posiadania, uzależnienie od przedmiotów, a przede wszystkim uzależnienie od pieniędzy. Tak widzę niektórych współczesnych "minimalistów".  "Minimalistów", którzy muszą więcej pracować, bo muszą więcej zarabiać, by móc więcej wydawać... Bo jeden telewizor, ale nie mniejszy niż 60 cali. Jeden dywan, ale perski. I ok, jeśli stać ich na to bez najmniejszych wyrzeczeń. Na ogół, w naszych realiach, tak nie jest. I już widzę psa z przeziębionym pęcherzem, który właśnie idzie zrobić swoje na nowym Persie. Albo takiego dwulatka, który już bez pieluchy, ale jeszcze się zdarzy.

Co zrobiły minimalista z doszczętnie zasikanym dywanem? Pewnie wyrzucił bez żalu, bo to tylko przedmiot. Nawet jeśli ów przedmiot byłby nowy. Oczywiście istnieją pralnie z dezynfekcją, ale jeśli sytuacja się powtarza - dywan i jego ciągłe targanie do pralni staje się dodatkowym kłopotem i ciężarem.

Tu dla mnie tkwi różnica - snob musi, minimalista co najwyżej chce, ale snu z powiek mu to nie spędza. Snob odhacza kolejne osiągnięcia z listy "muszę mieć", minimalista cieszy się jak dziecko z byle pierdoły. Docenia małe rzeczy, uśmiech przechodnia, ławkę w półcieniu drzew, bawiącego się z dzieckiem psa. Snob zbyt pochłonięty jest rządzą zdobycia wysokiego stołka w firmie, najnowszego iPhona (uczepiłam się tych iPhonów, bo tutaj naprawdę za ceną nie idzie jakość), pozycji, sławy, tytułu doktora, który MUSI mieć. Minimalista się rozwija w tym kierunku, który sprawia mu przyjemność i pozwala na samorealizację. Od powodzenia nowej firmy nie zależy jego być albo nie być. Widzi więcej niż kariera i wypasiony dom w eleganckiej dzielnicy. Być może i kupi ten dom, jeśli akurat będzie to mógł zrobić bez większych wyrzeczeń, ale nie załamie się go tracąc. Jego siła tkwi w środku. Nie w samochodzie, czy meblach od projektanta.


Wrócę ostatni raz do tematu luksusu. Ktoś gdzieś napisał, że jego pojęcie zmienia się wraz z zasobnością portfela. Oczywiście nie sposób się z tym nie zgodzić, jednak czy nie jest to na powrót materializm i apetyt rosnący w miarę jedzenia?

"Niektórzy ludzie uważają, że luksus jest przeciwieństwem ubóstwa. 
Nie jest. 
Luksus jest przeciwieństwem wulgarności." 
Gabrielle Coco Chanel

I tak nic, co nie jest piękne, ani wygodne, nie może być luksusowe. Luksus to otaczanie się tym, co rozbudza nasze zmysły. Dla mnie jest to świat pisany zapachem. Każdy okres mojego życia miał swój zapach. Dziś wystarczy mi powąchać w sklepie konkretne perfumy, by przywieść na myśl dowolne wspomnienia. Pościel z satynowej bawełny skropiona ulubionymi perfumami. Wnętrze, które cieszy moje oko. Inspirująca książka na nocnym stoliku i możliwość zostania w domu w ulewny dzień. Stwierdzenie, że lecę na weekend gdzieś, gdzie będzie najbliższy lot i pojechanie tego samego dnia na lotnisko. Kaszmirowy sweter i cudownie miękkie skarpetki z angory (ok, właśnie przeczytałam jak powstaje... już nic z angory nie kupię...). I z drugiej strony jedwabna koszula nie będzie dla mnie akurat luksusem, bo ciężko ją wyprasować. Nie sprawi radości, ale kłopot. Tak samo własny basen w piwnicy domu, czy wanna SPA może być zarówno luksusem jak i utrapieniem, jeśli ani jednego, ani drugiego nie używamy, a trzeba to konserwować i czyścić.
Jednak w moim mniemaniu największym luksusem, jaki możemy sobie podarować, jest czas wolny od pracy i obowiązków, który możemy spędzić jak tylko chcemy.


PAULINA


piątek, 26 grudnia 2014

Jak oszczędzać pieniądze? Manifest. Moja wojna z konsumpcjonizmem



Mój Dziadzia Maksiunio leży słabiutki w klinice, więc siłą rzeczy muszę czymś się zająć...



Ten wpis planowałam od przedwczoraj, kiedy to zrobiłam podsumowanie skrupulatnie spisywanych wydatków za obecny miesiąc i doszłam do kilku zaskakujących wniosków.
Zacznijmy jednak od początku. Wielokrotnie próbowałam spisywać wydatki, bo masa osób mi to polecała. Jednak zazwyczaj po tygodniu się gubiłam, przerywałam, nudziło mnie to.

Nie ukrywam, że zainspirował mnie ten blog : http://jakoszczedzacpieniadze.pl/
Nie do końca zgadzam się z jego autorem, by szukać sklepów, w których jogurcik jest o złotówkę tańszy (no chyba, że kupujesz tych jogurtów 40 miesięcznie, wtedy ma to sens), jednak sam zapis wydatków miesięcznych jest genialną sprawą.

Zanim Was zanudzę, powiem tylko, że dzięki temu eksperymentowi odkryłam, iż miesięcznie przecieka mi przez palce ponad 260zł, czyli połowa mojej raty kredytowej. 
Interesujące, prawda? Mieć, a nie mieć.

Mam co prawda zapisy dopiero z jednego miesiąca, jednak już widzę masę błędów w efektywnym gospodarowaniu pieniędzmi.
Swoją listę, prowadzoną manualnie w zeszyciku, podzieliłam na rubryki:
jedzenie
chemia
kosmetyki
Maks+kot
apteka
ubrania
dom
palenie
opłaty
inne
i na końcu dochód.

Spisuję wszystko zaokrąglając kwoty do końcówki 50 groszy. Niewątpliwie pomaga mi w tym płacenie głównie kartą, bo ściągawkę ogólnych wydatków mam w historii na koncie. To jednak nie wystarcza, więc ze sklepu zawsze zabieram ze sobą paragony. Listę aktualizuję codziennie, by nie narobić sobie zaległości, które prowadzą na ogól do porzucenia projektu w cholerę.
Na koniec miesiąca staram się wszystko ładnie przepisać, przyjrzeć kwotom i podsumować. Np. pizza x3 90zł itd. Zbędne wydatki podkreślam. Jeśli coś kupiłam w promocji, też to zaznaczam: Collagen x 5 -30% 128zł. W ten sposób już widzę, co ze swoich stałych wydatków zakupiłam z maksymalną efektywnością wykorzystania pieniędzy, a gdzie, niewątpliwie, utopiłam gotówkę.

I tak w sekcji jedzenie pojawiła się pizza zamówiona z nieznanej restauracji - na grubym cieście, jakiego nie znoszę i z pomylonymi składnikami. 33zł - zjadł ją kot. Pół kilo szynki, która leży nie ruszona w lodówce od miesiąca - 24zł. Paskudna woda smakowa kupiona na mieście, bo chciało mi się pić - 5zł, wylana do zlewu.
I tak robi się nam 62zł wyrzucone do śmieci, czyli dwa bilety do kina, popcorn i cola. No ja bym wolała jednak iść do kina...

W sekcji palenie (tak, paskudny nałóg), jest jeszcze lepiej...
Odkąd poznałam kuzyna mojego ex, który palił tytoń, a nie kupne papierosy, przerzuciłam się na skręty. Nie ma porównania z jakością zwykłych "fajek". Te ostatnie cuchną i smakują jak palona dętka, a tytonie są smakowe, zapachowe... do wyboru do koloru. Nie mówiąc już o tym, że możemy sobie wybrać, czy wolimy ciemny Kentucky, czy jasny Virginia, a może jasny słodki - Burley. Najlepszy tytoń i nonszalanckie skręty wychodzi o wiele taniej niż budżetowe papierosy, a na co, jak na co, ale na nałóg nie mam ochoty wydawać majątku. Do skrętów, wiadomo, trzeba dokupić filtry i bletki (bibułki). I tu zaczyna się robić ciekawie...
Bletki OCB lub Mascotte kosztują w sklepie (w długiej wersji) 3,50 za opakowanie. Bletki innych, mniej znanych marek potrafią być po 1,70-2zł, a OCB kupowane w internecie po 2,20. Filtry OCB w takim InMedio kosztują prawie 6zł, w trafice 4,50. Identyczne i pewnie robione w tej samej fabryce filtry polskich marek - 1,50 za paczkę. Powiedzmy, że mamy zatem 1,30zł na paczce bletek i 3zł na paczce filtrów, co miesięcznie daje dodatkowe 50zł w kieszeni, a jedyne, co musimy zrobić, to zamówić zapas na cały miesiąc przez internet... Tak, 50zł wliczając w to nawet koszty wysyłki.

Kosmetyki - tu, jako prawdziwa minimalistka nie mam prawie nic, a moja skóra jest zachwycona.
Zakochana od dawna w Rossmanowej, wegańskiej, ekologicznej, certyfikowanej marce Alterra, regularnie kupuję w zasadzie tylko ich produkty. Niby mogłabym szukać, testować... Tylko po co, jeśli znalazłam swoje ideały.
Regularne zakupy, to zatem:
Żel pod prysznic Alterra
Szampon Alterra
Maska do włosów Alterra
Chusteczki do demakijażu Alterra
Raz na jakiś czas kupuję ich krem nawilżający na noc i mieszam go z kwasem hialuronowym, kolagenem i komórkami macierzystymi z Bingo Spa.
Olej kokosowy, którego używam jako balsamu, ale dość rzadko, bo odkąd mam ekologiczne produkty, już go nie potrzebuję, nabywam zazwyczaj na targach Natura Food, gdzie jest tańszy niż w regularnej sprzedaży.
Czasem też mam ochotę na sól z morza martwego, również z Bingo Spa. Błota używałam przez kilka miesięcy, ale kąpiel w brązowej kałuży jakoś mnie nie przekonuje...

Wracamy zatem do wydatków. Jako, że przelewam kosmetyki do ładnych, szklanych pojemniczków, a żel i szampon mają ten sam kolor i konsystencję, na ogół je myliłam. Wpadłam więc jakiś czas temu na pomysł, by kupować po prostu szampon z kofeiną. Pojemność 200ml, cena 9,50zł. Zużywałam ich miesięcznie ze cztery, pięć opakowań, czyli równowartość ok 48zł. Cały wic polega jednak na tym, że Rossmann marki własne wystawia regularnie raz w miesiącu w 40% promocji. Zatem zamiast 9,50 mamy 5,90. Zamiast 48zł mamy 30zł za 1000ml. Jeśli jednak wrócę do dwóch butelek na półce, koszta jeszcze bardziej się obniżą, bo żel pod prysznic w regularnej sprzedaży kosztuje 5,50zł za 250ml. W promocji chyba 3,90zł. Zatem kupujemy trzy szampony w promocji za ok 18zł i dwa żele pod prysznic w promocji za ok 8zł. Razem 26zł zamiast 48zł. Jedyne, co musimy zrobić, to raz w tygodniu sprawdzić sklep internetowy Rossnetu i pójść do sklepu w tygodniu promocji.
Keratyna Bingo Spa, którą mieszam z maską Alterry kosztuje od 58 do 80zł, w zależności od promocji, która jest w firmowym sklepie internetowym średnio raz na dwa miesiące.
Na kosmetykach mamy zatem w kieszeni 44zł.

Jeśli chodzi o domową chemię, to zawsze kupuję ręczniki papierowe z serii XXL. Nie wiedzieć czemu, ich cena w zależności od marki waha się od 8 do 20zł. Różnicy w jakości nie zauważyłam. Zaoszczędzić możemy również na płynie do mycia szyb, kafelków, luster (ja nim myję wszystko). Taki spray kosztuje ok 7zł za mniej więcej 500ml. Jeśli nie przeszkadza nam zapach octu, możemy kupić ekologiczny W5 w... Lidlu :) Litrowa butelka kosztuje bodajże 5zł, a po rozcieńczeniu 1 do 3 z wodą, wychodzą nam 3 butelki "sprayu", po 1,60zł każda. Jest to na tyle znikoma oszczędność, że ja wróciłam do płynów alkoholowych z marketu, ale kiedy miałam w domu non stop sikające psy, zużywałam płyny w ilościach hurtowych i jechałam na właśnie W5. Prawdopodobnie tak samo zadziała zwykły ocet, a półlitrowa butelka kosztuje pewnie złotówkę. Zapach nie jest piękny, ale to o wiele zdrowsza opcja. Największe stężenie zanieczyszczeń jest nie na dworze, ale... w naszych mieszkaniach! To samo z paskudztwami do czyszczenia kamienia z armatury, czy czajnika. Kiedy widzę potrzebę, idę do osiedlowego spożywczaka, kupuję dwie saszetki kwasku cytrynowego, po 1zł każda. Jedną wsypuję do czajnika i gotuję wodę. Drugą mieszam w niewielkiej ilości ciepłej wody w miseczce. Zmywak do naczyń, rękawiczki, 5 minut roboty i gotowe. Żadnych zbędnych butelek w szafce pod zlewem. Tu musicie sami przyjrzeć się swoim wydatkom, bo ja od dawna jadę na najtańszych Eko metodach.

O ubraniach pisałam w poprzednim poście. Wszystko, co nabyłam, było zakupione na kody rabatowe, w Mangooutlecie, czy promocji typu Black Friday. Wszystko ponadczasowe i opierające się chwilowym trendom.

Rubryka dom zazwyczaj jest pusta, chyba, że akurat zmieniamy wystrój - meble, poduszki, dokupujemy pościeli itp.

Maks i apteka... Akurat tak się składa, że oboje przyjmujemy stałe leki. Maksiol na brzuszek i stawy. I tak np jego witamina B1 bez recepty jest dostępna tylko w 3mg tabletkach, więc listek za 4zł wystarcza mu na 3 dni. Miesięcznie jest to 40zł. Ta sama B1 w dawce 25mg, czyli wersja na receptę jest również w cenie 4zł za listek, jednak wystarcza nam na cały miesiąc. 36zł na witaminie, jeśli tylko pójdziemy po receptę do lekarza. Sama biorę leki, pod które mam prawo dostać podkładkę od specjalisty, uprawniającą mnie do recepty odpłatnej tylko za 30%. Wówczas receptę ze zniżką może już wypisywać lekarz pierwszego kontaktu. Tak z 80zł miesięcznie robi się 24zł. Zawsze warto tez prosić lekarza o przepisywanie najtańszych odpowiedników danego leku.
Innymi słowy ja i Maks możemy oszczędzić 92zł/mc na lekach.

Opłaty... Tutaj warto przyjrzeć się naszym abonamentom TV/Internet/Telefon. Nie będę Wam radzić brania prysznica zamiast kąpieli, bo NIE CHODZI MI O OBNIŻENIE JAKOŚCI ŻYCIA, ALE O POZBYCIE SIĘ ABSOLUTNIE ZBĘDNYCH WYDATKÓW.
Ja na przykład zmieniłam wraz z końcem umowy operatora i mam o 15zł niższe rachunki za telefon przy dokładnie takich samych warunkach.
TOYA w pakiecie TV/Internet daje jakieś dodatkowe usługi, które mamy pierwszy miesiąc za darmo, a później... musimy iść osobiście do biura abonenta, by je odłączyć. Wiedzą, co robią, bo komu będzie się chciało iść obniżyć ten rachunek o 10-12zł w skali miesiąca.
Sama mam 90 kanałów plus dodatkowo pełny pakiet HBO wraz ich VOD, czyli HBO GO i HBO OD. Umowę mam od kwietnia, na rok... Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się skorzystać z innego kanału tv niż HBO, za które płacę osobny abonament. W marcu zamierzam przejść na najniższy z możliwych abonamentów tv tylko po to, by mieć możliwość korzystania z vodów HBO. To o kolejne 20zł/mc mniej.  A może pewnego dnia w ogóle zrezygnuję z telewizji? Tyle jest portali z filmami i serialami online.
Oszczędności miesięczne od marca 2015 w stosunku do września 2014 na abonamentach tv/tel/internet - 45zł.

W sekcji inne powinno znaleźć się jak najmniej pozycji - benzyna, taksówki, prezenty urodzinowe dla bliskich, książki.
A co do płyt CD - od dość dawna ich nie kupuję. Sprzedałam te, które miałam. Zamiast tego, ponieważ muzycznie nigdy "nie mam się w co ubrać", przerzuciłam się na składanki, które podpowiada mi Youtube... Dzięki temu codziennie odkrywam jakiś nowy, fajny kawałek, a AdBlock załatwia sprawę zachęcania mnie do kupna najnowszych Pampersów przed każdym utworem.


Nie zachęcam Was do stania się "skrobidupkami", odkładania każdego grosza w skarpetę, jeżdżenia po 2gr tańsze masło na drugi koniec miasta. Ani do cerowania skarpet, bo godzina Twojej pracy, którą poświęcisz na łatanie dziur kosztuje o wiele więcej niż nowe skarpetki. Nie zachęcam do zamiany auta na jazdę tramwajem, a skórzanej torebki na "skórzaną"foliówkę z bazaru.

Nie, nie i jeszcze raz nie! Zachęcam jedynie do sprawdzenia, jak bardzo dajemy się "robić" koncernom, reklamom, telemarketerom i telewizji... konsumpcjonizmowi jako takiemu.



Czy zazwyczaj myśleliście tak, jak ja? Oj tam, no dobra, oszczędzę te 20zł miesięcznie na abonamencie, czy kosmetykach... 20zł mnie nie zbawi! To tylko 20zł, co za różnica, czy mam, czy nie.
Dopiero ten bilans uświadomił mnie jak bardzo się myliłam. Bo to nie jest jedno dwadzieścia złotych... To jest tylko mniej więcej 250-260zł... ale to tak, jakby Święty Mikołaj zaczął płacić mi połowę kredytu. I pokażcie mi kogoś, kto nie schyli się po taką sumę leżącą bezpańsko na chodniku.



Nie wyglądajmy tak:





PAULINA

czwartek, 25 grudnia 2014

Projekt "Szafa" minimalistki

Przygodę z minimalizmem zaczynamy zazwyczaj od książek i zazdrości, że u znajomych to taka przestrzeń i świetnie się u nich odpoczywa, a u nas jakoś tak nabzdziulone... Że jak trzeba wytrzeć kurze, to szybko znajdujemy coś innego do roboty, bo tyle tego wszystkiego.

No i szafy... nie mam się w co ubrać i nie mam gdzie schować. Poza tym jest tak napchane, że w sumie nie wiem, co mam. Ja ostatnio znalazłam świetne, czarne sandałki... Podobne zamierzałam na lato kupić.

Zaczynamy więc sortować, przeglądać, porządkować i wyrzucać, wydawać, wystawiać przed dom, przed osiedlowy śmietnik... I jeszcze raz wyrzucać. Jednym, tym odważniejszym, zajmuje to kilka miesięcy, innym nawet kilka lat. Szafy - pomieszczenie po pomieszczeniu, durnostojki na komodach i parapetach, a później strychy i piwnice. A jaką dziką radość niesie owo wyrzucanie! Uwalniamy się w końcu od wyrzutów sumienia w postaci "kupiłam pięć lat temu, było drogie, ale to były fatalnie wydane pieniądze". Wywalamy, nie ma, zapominamy. Im mniej mamy, tym więcej rzeczy używamy, bo w końcu nic nie leży na dnie i wszystko jest pod ręką - tak samo moje zapomniane, czarne sandałki, jak Twój blender do zup i koktajli.
Wywalamy teczkę z kartonami, bo nie rysujemy od ukończenia studiów... Notabene znienawidziliśmy ów rysunek na tychże studiach. Wyrzucamy książki, do których nigdy nie wrócimy.

Wyrzucamy wszystko, czego nie odkupilibyśmy sobie po spłonięciu domu, czy nie kupilibyśmy, gdybyśmy teraz właśnie mieli to nabyć. Zapłaciłabyś znów za ten żakiet 199zł? Kupiłabyś go teraz? Zabrałabyś go ze sobą, gdybyś musiała wyjechać na pół roku do pracy do innego kraju?

Nie? No to już wiesz, co z nim zrobić - sprzedać na Allegro, oddać biedniejszym, oddać na psie bazarki, a może po prostu położyć koło śmietnika i zrobić tym samym prezent komuś nieznajomemu. Nie oszukujmy się, nigdy nie odzyskasz już tych 199zł, ale błędy są nam potrzebne. Bez nich nie bylibyśmy dziś tu, gdzie jesteśmy. De facto - nie byłoby nas!


By nie pozostać przy teorii, chciałabym pokazać Wam efekty mojego projektu "Szafa", który zaczęłam miesiąc temu. Z dwóch szaf o łącznej długości 180cm i trzech koszy z sezonowymi ubraniami przeszłam do jednej szafy 117cm i jednego kosza z rzeczami wystawionymi na Allegro.

Mam wrażenie, że moje mieszkanie zyskało dodatkowe pięć metrów podłogi :)
W nowej szafie jest miejsce na żelazko, pościel, ręczniki, dodatkową poduszkę, deskę do prasowania i koc. Mieści wszystkie moje ubrania - na wszystkie sezony.




Spójrz teraz na pierwsze zdjęcie... na mnie, na pierwsze zdjęcie... Nie, nie siedzę na koniu, ale... nie kupuj mebli w Jysku ;)




PAULINA


niedziela, 21 grudnia 2014

Wyprzedaże!

Na jednym z blogów ujął mnie ten oto cytat:

"Sezon wyprzedaży w pełni. To doskonała okazja, żeby kupić sobie coś, czego nie potrzebujesz. Może nawet uda Ci się upolować, coś, czego nikt inny nie chciał."


Leziemy więc tłumnie, niczym stado pędzące po karpia, czy torebki Wittchen w LIDLu.
Bo okazja.
Bo aż żal nie kupić za tę cenę.

Bo może kiedyś to założę.
Bo może będę mieć okazję do noszenia na co dzień wieczorowego kombinezonu/damskiego garnituru. Kto wie? A gdzie wówczas dostanę go w tak korzystnej cenie? Trzeba być zapobiegawczym! (I dokupić kolejną szafę.)
Na pewno się przyda. No... na przykład, jakbyśmy za rok lecieli na urlop do Tunezji, to będzie akurat!

Stop! Zatrzymaj się na chwilę i zapytaj siebie z przekąsem: Serio?! 
Najlepiej wyjdź stamtąd tak jak stoisz i wróć do domu.


Nie twierdzę, że kupowanie na wyprzedażach jest złe, ale by robić to rozsądnie, należy spełnić kilka warunków... Każda metoda jest dobra, jeśli działa. Chciałabym się podzielić z Wami moimi sposobami.

Jak wiecie, zrobiłam mega odgracanie swojej przestrzeni szafowej. Ze zmianą szafy na mniejszą włącznie. Torbę nowych rzeczy oddałam mamie, a właściwie to bardziej ona sobie wybrała z tego, co wystawiłam na Allegro i stwierdziła "daj". No to dałam, mniej mi zagraca w domu :)
Masę rzeczy wyniosłam postawić w workach koło śmietnika. Zniknęły w kilka godzin po wystawieniu. Co bardziej wartościowe - powędrowało na Allegro. Sprzedałam w ciągu trzech tygodni połowę, a drugą połowę mam nadzieje, wkrótce upłynnię.
W szafie zrobiły się pewne dziury, które musiałam uzupełnić, jednak już w zupełnie inny sposób niż to robiłam dotychczas.
Założenie było takie, iż muszę zmieścić się w kwocie, którą odzyskałam ze sprzedaży ubrań.


1. Po remanencie garderoby - pozbyciu się wszystkiego czego nie nosimy od roku i co jest kompletnie niemodne, a dziwnym trafem zalega na wieszakach, mamy obraz swojego ulubionego stylu - to, co zostało. Jeśli nie macie pewności co do swojego gustu modowego, warto zaprosić na kawę jakąś koleżankę, która Waszym zdaniem zna się na modzie i poprosić, by doradziła: czy to mnie nie pogrubia/nie skraca, czy wyglądam korzystnie, czy powinnam w tym chodzić, czy to do mnie pasuje, do czego mogłabym to nosić. Po takiej selekcji wiemy już, co mamy z rzeczy ponadczasowych, nie wychodzących z mody, jak dżinsy bez przecierek, biały, gładki t-shirt, czy czarna marynarka o klasycznym kroju. Wiemy mniej więcej co nam się podoba, co się sprawdza, a co musiało zostać sprzedane za grosze, bo wisiało przez trzy lata z metką w szafie.

Ja na przykład źle czuję się we wszelkiej maści żakietach, więc zostawiłam tylko czarny i nie zamierzam już nabywać żadnego kolejnego, bo niezależnie, czy był żółty, biały, o kroju chanelki, czy w pepitkę - efekt zawsze ten sam - statysta w szafie. Zazwyczaj jeszcze ometkowany statysta. Tak samo koszule, które gniotą się przy każdym ruchu. Ok, są może piękne, ale kiedy tylko na nie patrzyłam, myślałam "Jak ją założę, to będę musiała wyprać, a później prasować... Nieee to niech sobie tu lepiej wisi uprasowana na inną okazję." Każda z nas ma w szafie jakieś swoje antypatie. Niby wszystko cacy, ale jednak "nie noszę".

Kupiłam kiedyś na wyprzedaży bardzo fajną, czerwoną koszulę oversize. Za każdym razem, gdy robiłam przegląd szafy, myślałam, ta jest ok, muszę zacząć ją nosić, zostaje. I tak było przez dwa lata, aż w końcu mnie oświeciło - ja nie znoszę czerwonego koloru! Czerwona może być tylko koktajlowa sukienka, albo wieczorowa suknia.

Bardzo serdecznie Was zachęcam do uczciwego przyjrzenia się swojej szafie, zanim wyruszycie na wyprzedaże...


2. Drugi etap to blogi i im podobne. Na pewno macie jakieś swoje ulubione blogerki. Ja mam. Poświęćcie nawet kilka godzin któregoś wolnego dnia na przejrzenie od deski do deski owych kilku blogów (tak tak, te archiwa z 2011 roku też!). Ściągnijcie zdjęcia zestawów, które najbardziej Wam się podobają i poszukajcie elementów wspólnych. A może styl którejś aktorki lub modelki? Wujek Google pomoże! Może większość Waszych upatrzonych zestawów to żakiet, cygaretki i baleriny? A może na połowie fotek są to płaskie botki z szeroką cholewką zakładane do rurek i szortów? Może jest to chusta dobierana kolorystyczne do spodni? Elementy będą się powtarzać. Przestudiujcie swoje zbiory zdjęć dokładnie i zastanówcie się, na ile podobnie same się ubieracie. Ile rzeczy do tych zestawów macie już w szafach. I przede wszystkim zwróćcie uwagę na te starsze zdjęcia - 2011, 2012... Jednosezonowe trendy zdążyły już pójść do lamusa, a jeśli dane ciuchy mimo tego, że mają "już" dwa lata nadal Wam się podobają i chętnie byście wyszły w tym na ulicę - brawo, znalazłyście coś uniwersalnego i ponadczasowego, co nie wychodzi z mody!

Ja mam na przykład swój folder skarbów. Uzupełniam go co jakiś czas, jednak znajdują się w nim głównie... dość stare zdjęcia. Zdjęcia ciuchów, które nie przestaną być na czasie. W moim przypadku są to klasyczne ramoneski w czerni, bezu i brązie, filcowe kapelusze, biker boots, dżinsowe szorty, szerokie bransolety, zwiewne, hippisowskie, letnie sukienki, kowbojki, czarny żakiet, beżowy trencz, proste t-shirty w bieli, czerni i szarości, spódnice maxi z lejących tkanin, torby z frędzlami, duże, miękkie shoppery, klasyczna chanelka.
To jest taka moja BAZA. Do niej czasem mogę sobie coś dokupić, ale "bez histerii". Już nic jednosezonowego. Żadnych ostatnich krzyków mody, z którymi nie mam później co zrobić. A jaki kac moralny... bo za tę stertę szmat mogłabym skoczyć na kilka dni do Paryża. Na przykład.

Jest jeszcze jedno ALE... Jeśli modelka/bloggerka/aktorka ze zdjęcia ma na szyi apaszkę, a Ty od zawsze ich nie znosisz - nie masz co myśleć o zakupie. Chyba, że masz fantazję na jedwabną ścierkę do mycia okien... A jeśli masz jakąś zapomnianą chustkę na dnie szafy - ponoś na próbę. Może okaże się, że już niechęć minęła. Jednak sprawdź to zanim przytargasz nowy zakup do domu.

Tak samo ze szpilkami - jeśli nie ujdziesz w sandałkach na cienkim paseczku, ba, nie biegasz na szpilkach na co dzień - nie kupuj. I tak nie założysz, bo niewygodne. Jedna para klasycznych czarnych na specjalne wyjścia w zupełności wystarczy. I tak nienawidząc obcasów, zakładasz je pewnie raz w roku, jak musisz iść na czyjeś wesele.

I ostatnia rzecz - taka szczera ocena przed lustrem. Czy te cudowne, szerokie spodnie, które dodawałyby całemu strojowi nonszalancji, na pewno będą wyglądać na mnie tak samo jak na Rosie Huntington-Whiteley, która jest wzrostu mojego faceta? Jeśli jednak nie, to wyrzuć zdjęcie tej stylizacji i zapomnij o spodniach :)

Raz kupiłam ten rodzaj "dresowych spodni do szpilek". Całość w mojej głowie wyglądała bosko - zwężane, dresowe spodnie khaki, z taką leciutką "pieluchą" z przodu, klasyczne, czarne szpilki, ramoneska i czarny kapelusz z większym rondem. Raz nawet tak wyszłam z domu... Później przyjrzałam się temu zjawisku dokładniej w lustrze i ... już nigdy ich nie założyłam. No ale na modelkach to przecież wygląda rewelacyjnie...


3. Wracamy na chwilę do szafy, w której powinno coś zostać i być teraz dobrze widoczne. Mamy w głowie mniej więcej obraz tego, co najczęściej powtarza się w naszych ulubionych zestawach ściągniętych z internetu.
Możemy sobie spisać listę tych "brakujących rzeczy".

A teraz pytania:

Na jakie okazje mogę to zakładać? (Praca, pub z przyjaciółmi, wyjazd za miasto, szkoła, zakupy, kino, randka... Stylizacje na plażę w Egipcie, zdobywanie Mount Everest i galę rozdania Oscarów możecie skreślić, chyba, ze akurat się wybieracie).
Dobry ciuch, to taki, który można założyć do co najmniej pięciu różnych zestawów.

Od ilu lat pojawia się to w modzie? Im dłużej, tym lepiej - takiej baskince na przykład kariery nie wróżę... Już chyba stała się niemodna.

Czy (w przypadku dodatkow), w ogóle noszę tego typu rzeczy? Ja na przykład nie cierpię apaszek i grzechoczących bransoletek. Wiem, że nie ma sensu bym je w ogóle kupowała.

Im rzecz bardziej uniwersalna, tym wyżej na liście priorytetów powinna się znaleźć. Pod warunkiem, że faktycznie "coś" do niej czujesz. Jeśli jest tylko "meh", to może sobie poczekać. Być może w międzyczasie Ci się odwidzi.


4. Kupujemy tylko ubrania na daną porę roku! Jest zima, bierzemy zimowe i żadnych letnich sukienek czy bikini! Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta. Do lata jest tak daleko, że istnieje szansa, iż ów zakup przestanie Ci się w ogóle podobać i nigdy go nie założysz. Ewentualnie schudniesz, przytyjesz, albo doznasz olśnienia i zamienisz skórzaną kurtkę na garsonkę, tudzież odwrotnie. Lepiej nie ryzykować i wiem, co mówię - ja, nieszczęsna mistrzyni kupowania na zapas...


5. Mamy już więc naszą listę. Określmy teraz budżet. Moim było na przykład nie przekroczenie sumy, która spłynęła mi z Allegro za sprzedaż zakupowych pomyłek.

Jako była zakupoholiczka napiszę coś, co wielu osobom wyda się banalne, ale jeśli masz problem z popłynięciem na wyprzedażach, opłać najpierw wszystkie rachunki. Jeśli jest to możliwe, nawet niektóre za przyszły miesiąc. Wszystko - czynsz, tv, internet, telefon, przedszkole dziecka, prąd, gaz, parking. Zrób zakupy kosmetyczno-chemiczno-spożywcze na dany miesiąc. Tak wiem, nie da się kupić chleba na zapas, ale herbatę, mięso mrożone, czy owsiankę i żele pod prysznic już tak. Dopiero, kiedy nie zostaną Ci już żadne zobowiązania, zaryzykuj pójście na wyprzedaż.


6. Przejrzyjmy strony sklepów. Większość z nich ma całe kolekcje pokazane online, a sporo także sklepy internetowe. Szukajmy wyłącznie produktów z naszej listy (i nie, ta lista nie ma mieć 40 pozycji... ).


7. Możemy także jeszcze przed wyprzedażami iść pomierzyć nasze upatrzone w necie rzeczy. To oszczędzi czasu, przepychania się wśród tłumów i wejdziemy do sklepu na 5 minut, wychodząc z tym, czego naprawdę potrzebujemy.

Ma to jeszcze jeden ogromny plus. Dużo trudniej nam zwrócić już zakupiony produkt, który no w sumie to ... chyba może być, niż odpuścić sobie sam zakup rzeczy, która jest taka se. Kiedy zainteresowałam się minimalizmem, przeczytałam o tak zwanej zasadzie siedmiu dni. Niektórzy rozciągają ją nawet do trzydziestu dni, ale dla początkujących niech to będzie 7-14 dni. Oczywiście, że jeśli znajduję coś z listy, uniwersalnego, chcianego od lat bez przerwy, co pasuje absolutnie do wszystkiego, a przy tym kosztuje nie więcej niż 60zł - kupuję. Jeśli jednak jest to coś ooo ale super, CHCĘ, a ani na żadnej liście nie było, ani nie potrzebowałam tego, dopóki nie zobaczyłam, mierzę i wychodzę. Za kilka dni mierzę znowu, np jeśli są to buty, raz przychodzę w spodniach, raz w spódniczce. Czasem zdarza się, że przy trzecim, czwartym mierzeniu nagle mnie olśniewa, że ja WCALE TEGO JUŻ NIE CHCĘ. A tak? Już by było w domu, już na cmentarzysku źle wydanych pieniędzy. Tym sposobem uchroniłam się od botków z Venezii za 700zł... brrr, to niemal jak zgubić portfel.

W sklepach, już mierząc, by mieć całkowitą pewność... często biorę do przymierzalni czarną kloszowaną spódniczkę, ramoneskę, beżowy płaszcz lub trencz. Może być nawet nie w moim rozmiarze. Po prostu muszę sprawdzić, czy ciuch, którym jestem zainteresowana, będzie dobrze wyglądał z podstawami mojej garderoby, jak wyżej wspomniana kurtka, płaszcz i spódniczka.
Nasza wyobraźnia potrafi zawodzić. Np ostatnio widziałam przesłodki, króciutki, biały sweterek w H&Mie. Idealnie wyglądałby ze spódnicą z wysokim stanem... Przy kolejnej mojej wizycie w tymże sklepie, do przymierzalni zabrałam taką spódnicę i ów sweterek. O_o dramat, wyglądałam jak bałwan! I co? Teraz miałabym sweterek przed pępek, który "jest świetny, tylko muszę kupić taką spódniczkę do niego, a na razie sobie powisi w szafie...".


8. Mój osobisty, acz pewnie niezbyt oryginalny pomysł. Wypatrzone i przymierzone ubrania dodaję do zakładek w przeglądarce internetowej. Nie jest ich wiele, kilka zakładek. I jeśli nie zapomnę, raz na jeden, dwa dni, otwieram te okienka, zerkając, czy może już nie przecenili. Zajmuje to max dwie minuty dziennie. Jeśli przecenili, a jestem w 100% pewna, iż będzie to zakup rozsądny - klikam i kupuję. Tym sposobem unikam zapchanych parkingów pod centrami handlowymi, kolejek do kas i ludzi chodzących sobie po głowach.


9. Wyprzedaże i promocje...
Ja jestem już po zakupach uzupełniających szafę. Tak tak, marzy mi się jeszcze kaszmirowy, czarny sweter i brązowa, prosta shopperka, ale nie w tym miesiącu.

Raz widziałam, ale niestety już nie mogę znaleźć, coś takiego jak kalendarz z wyszczególnionymi międzynarodowymi dniami promocji, jak Black Friday (-30%), jest to pierwszy piątek po Dniu Dziękczynienia. Cyber Monday - darmowe wysyłki. Sporo tego jest.
Warto też... Przed zakupem w danym sklepie wpisać w Google  <nazwa sklepu>  kody rabatowe. W sieci jest już sporo stron, na których możemy podejrzeć, czy do danego sklepu jest dostępna jakaś zniżka. Np. H&M ma -25% za zapisanie się do newslettera, a Wojas -20% za zapisanie się do klubu.
Czasem warto tydzień przed zakupami kliknąć newsletter interesującego nas sklepu - jest duża szansa, że wyślą nam kod rabatowy.

Jestem zwolenniczką robienia zakupów wyprzedażowych via net, bo przynajmniej mam gwarancję, że nie przywlokę ze sobą jakiejś dodatkowej, nie planowanej, mało interesującej szmaty...


Tym sposobem, moje zakupy (bez zdjęć, bo padła mi lampa błyskowa):

- Botki Wojas, Black Friday -30%. Klasyczne, czarne na słupku. Moje jedyne botki na obcasie.
- Brązowe, krótkie kowbojki na obcasie, z szeroką cholewką, Wojas. Wyprzedaż -30%
Uwielbiam ciężkie buty z cholewką, więc wiem, że te dwa zakupy mi się sprawdzą. Tym bardziej, że to obuwie całoroczne.

- Cztery basicowe topy na ramiączka H&M. Po 19zł

- Sweter H&M -25% Newsletter 59zł
- Cienka, dzianinowa, szara bluza H&M -25% Newsletter 45zł
- Grafitowy kardigan worek -25% H&M 59zł
- Luźna, cienka bluza w marynarskie pasy, H&M -25% 45zł
- Grafitowy, cienki prosty sweter z moherem Mango Black Friday -30% 79zł
- Biały, prosty, cienki sweter z moherem Mango Black Friday -30% 79zł
Poza wymienionymi wyżej mam jeszcze pudrową, krótką bluzę i czarny rozpinany sweterek typu bliźniak. Cała moja swetrowo-bluzowo-kardiganowa część szafy.

- Rozpinany u góry, czarny longsleeve Bershka -30% Wyprzedaż 25zł

- Mini spódniczka w stylu retro, tzw skater, rozkloszowana, czarna -25% H&M 45zł

- Płócienny shopper, taki ładniejszy na bułki i ziemniaki :) MangoOutlet, dostałam mailowo kod -60% 27zł

Co prawda dziewczyny na pewnym forum odkryły, że Mango podbija ceny pierwotne przy wyprzedażach, więc pewnie nie było to -60%, ale około -40%

- Ekologiczny kozuszek o klasycznym kroju Bomber Jacket MangoOutlet -60% kod rabatowy 107zł

- Kopertowa koszula w kratę MangoOutlet -60% kod rabatowy 47zł


Całe moje zakupy odbyły się w pierwszej połowie grudnia, kiedy w sklepach był jeszcze luz i zmieściły w kwocie sprzedaży zakupowych wpadek.
Wszystkie ubrania są proste - bez zaszewek, bufek, falbanek, nadruków. Wszystkie, poza kożuszkiem - całoroczne. Wszystkie, jak mi się przynajmniej wydaje dość uniwersalne i ponadczasowe.

Od dawna chodzą za mną czarne Emu, jednak dopóki nie ma mrozów, nie widzę najmniejszej potrzeby ich kupowania... Tak samo sprawa ma się z minimalistycznymi, czarnymi sandałkami. Będą, latem. JEŚLI ZNAJDĘ TAKIE ODPOWIADAJĄCE MI W 100% Bo niby z jakiego powodu miałabym kupować sandałki pod koniec grudnia?


Może macie jakieś własne przepisy na wyprzedaże z głową?


PAULINA

czwartek, 4 grudnia 2014

Bezogonek

Kochani, ogłoszenie parafialne...

https://www.facebook.com/events/828877297158126/?fref=ts


Bezogonek, bo tak go nazwano, biega po malutkim, schroniskowym boksie w kółko i nosi w zębach swoją miskę. To jedyne, co ma "prawie na własność". Poza miską nie ma już nic - domu, człowieka. Uszy po sobie i wiecznie pusta metalowa micha w zębach. Nikt go nie wypatrzył, nikt mu nie dał szansy, a psiak gaśnie w schronisku. 

Dziś Bezogosiu ma na imię Mars i mieszka w hoteliku. Zbieramy pieniądze na opłacenie hotelu. Powrót do schroniska by go zniszczył... 


Zapraszam Was do dodawania rzeczy na bazarek i kupowania, może upatrzycie coś dla siebie. Będziemy dodawać ciągle coś nowego. Wszystkie pieniążki idą na konto fundacji i opłatę nowego, lepszego życia Bezogonka.

Jeśli macie w domu przeczytane książki, do których już więcej nie zajrzycie, biżuterię, która się znudziła, a może niechciany zestaw filiżanek... dodawajcie śmiało :) I udostępniajcie, może ktoś ze znajomych zechce coś kupić.




PAULINA